sobota, 29 marca 2014

IV- Nadzieja Sofistów

„Nadzieja nadaję się do szyderczych pomysłów”



Na co liczyłam? To byłoby świetne pytanie, byłoby, gdyby pominąć element, w którym wpatrujemy się w siebie z Aronem jak sprzedawca w złodzieja. Oboje niepewni swoich reakcji, ale za to pewni wytyczonych im celów. Czułam jak krew podchodzi mi do twarzy, zaś ona dopowiada jej na to czerwienią. Zawstydzona spuściłam wzrok, nie mogąc już dalej udawać opanowania i minęłam go w sfałszowanym poszukiwaniu cukru, który miałby mi się przydać do rzekomego soku, który próbował udawać stuprocentowy smak pomarańczy. Powoli zaczęłam dochodzić do siebie, nie odrywając się od tej jednej głównej myśli, co to miało być?! Siadając do stołu posłałam mu jedno wyraźne spojrzenie, na którym można by czarnym niezmywalnym markerem napisać, „O co ci chodzi?!” Odbiorca jak to miał w nawyku zbył mnie uśmiechem, na co ja przewróciłam oczami i podobnie jak on zignorowałam ostatnie minuty. Powracając do mojego pytania, liczyłam bardzo dokładnie i szczerze na: własny prywatny zestaw HD, zestaw baletnic tańczących mi do snu, by zdekoncentrować oczy, (co z tego, że śpię z zamkniętymi!?), A przede wszystkim piedestał wszystkich oczekiwań, Arona. Zerknęłam na jego denerwująco idealny profil, w ogóle, co on tu robił? Mógł darować sobie opiekę nad siostrzenicą i ruszyć w świat, świat, który w tym odosobnionym przypadku znaczył nocny pięciu gwiazdkowy klubu dla dżentelmenerii na północnym wschodzie. Tymczasem on tu siedział nadal szczerząc się do mnie w drapieżnym uśmiechu. Nie mogłam wytrzymać pod tym spojrzeniem i wstałam odnosząc naczynia do zlewu, jak najbardziej świadoma jego wzroku na swoich plecach, zdenerwowałam naciągnęłam niżej bluzkę. Od kiedy ja byłam taką cnotką? No tak, od zawsze.  Myjąc naczynia spojrzałam na czyste blaty, które mógłby godnie służyć reklamom IKEI, a wystarczyło parę razy przeciągnąć po nimi gąbką, żeby lśniły. Ostatnio naprawdę polubiłam sprzątać, poza tym nigdy nie tolerowałam „burdelu” Taka już byłam cnotliwa i pedantyczna, a jak nie podoba się to won! Wzruszona swoją buntowniczą naturą, usiadłam na krześle by popatrzeć na ścianę, która dziwnym trafem stała się pobrudzona przy pograniczu ze stołem, oskarżycielskim wzrokiem skarciłam Aro, nie trzeba było zgadywać, co spowodowało plamy.
- Znalazłam Ci zajęcie na dzisiejszy dzień- odparłam siląc się na surowy ton- Ściany same się nie umyją- dodałam.
-Trafne spostrzeżenie Leo- Odparł ojciec stojący w progu. Podskoczyłam na jego widok, nie codziennie ma się przecież taki widok! Strzeliłam szybkim spojrzeniem na okno, nie widziałam samochodu, a tego mogłabym się najbardziej spodziewać po jego powrocie.
-Czym przyjechałeś? –Zapytałam zdziwiona.
-Jak to, „czym przyjechałem”? Przecież nigdzie nie wyjeżdżałem- Ten dzień robił się coraz bardziej ciekawszy. Wszystko skojarzyło mi się z pudełkiem płatków śniadaniowych nazwanych „Dziwny dzień” zawierających: Napad Arona dodając w pakiecie jego dziwaczne zachowanie, nagłe zdziwienie mojego ojca, skończenie się szamponu w łazience oraz o wiele więcej nietypowych zdarzeń! Przewiesiłam nogę na nogę, by moja podejrzliwość miała jakieś poparcie w prezentowanej przeze mnie postawie.
-W takim razie, gdzie byłeś?- Wyraźnie zdenerwowany ojciec nie wróżył mi dobrej odpowiedzi, już czułam zbliżające się pachnące wodą kolońską Gregorini kłamstwo, które miało być zapowiedzią wielkiej kłótni w domu Kaylani, zbliżyłam się do Ojca i przechyliłam głowę, czując się przy tym jak detektyw przesłuchujący ewentualnego sprawcę. Mój wzrok go ponaglał, a Aron siedzący za mną na krześle uparcie milczał, co wyraźnie wskazywało na jego współudział.
-Słucham- odparłam jeszcze groźniej niż poprzednio-, Jeśli tylko poszedłeś na „spacer”, w takim razie, co ON tu robi? - Wskazałam w kierunku niezapowiedzianego gościa, który już zdążył narobić zamieszania. Musze Wam zdradzić pewien przykry sekret, jeśli chodzi o naszą rodzinę. Nie mamy zahamowań, jesteśmy lekko mówiąc „podli”, oczywiście można nas nazywać wysoko utytułowaną rodziną, ba, wystarczy spojrzeć tylko na to czyste więzienie, ale za to nie przodowaliśmy w moralności. Byliśmy stereotypowymi bogaczami. Byliśmy, znaczy Aron i Emil, ja niczego nieświadoma księżniczka siedziałam sobie zamknięta w wieży z kości słoniowej oprawionej w plakaty Australijskiej wokalistki pod pseudonimem „Sia”. Tak o to przedstawiłam Wam system funkcjonowania familii Kaylani, która w tej chwili przechodziła również stereotypowy rozłam.
- To już nie mogę do Was wpaść, w innej sprawie niż bycie opiekunką?- Do rozmowy nagle wtrącił się drugi człowiek przysłowiowej, familii, którego również w ten sam sposób, co poprzednio zgromiłam wzrokiem. Można było się domyślić, że trafił w mój słaby punkt. Tak jak orzechów nienawidziłam umniejszania mojej osoby. Byłam już prawie pełnoletnia, co równało się z coraz większymi prawami
, mimo to ojciec robił wszystko by nie pozwolić mi „wyfrunąć z gniazdka” Doskonale. Taszczenie 10 kilogramowych kilogramów w porównaniu z tą rozmową to była czysta przyjemność, oczywista siła wywodziła się z faktu, że potrafiłam podnieść nawet najcięższe ciśnienie każdej osobie. Tak, byłam bardzo dumna z posiadanej przeze mnie umiejętności, którą w tej chwili wykorzystałam przeciw brunetowi z rozpalonym spojrzeniem. Czując na sobie siłę jego spojrzenia i uporczywy głos w głowie, który głośno wołał „Zamknij się, IDŹ STĄD” obróciłam się do niego, rozkładając przy tym szybko ręce.
-Nie widzę ku temu ważniejszych powodów, wujeczku, jeśli szukasz zakwaterowania, mogę polecić Ci jeden wyśmienity hotel- atmosfera w pokoju szybko stężała, wszystkimi zmysłami wyczuwałam, że moja wypowiedź nie zostanie zignorowana, dlatego nie przerywałam swojego występu- Z tego, co orientuje się z żywych opowieści moich kolegów, mają tam nawet świetny harem, żyć nie umierać!- Wykrzyknęłam niczym agent nieruchomości prezentując swoją najlepszą pozycję na liście sprzedaży. Zaraz, jednak poczułam przeszywający ból, gdy spokojny z natury ojciec złapał mnie za ramię ściskając mnie przy tym niczym wściekły zszywacz do papieru. Syknęłam i natychmiast się wyrwałam, uciekając o jeden krok. W takich sytuacjach potrafiłam się zachować, byłam przecież siostrzenicą swojego wujka. Delikatnie uśmiechnęłam się, przenosząc ośrodek ciężkości na jedną nogę.
-Zdenerwowani?- Odpowiedziała mi głucha cisza poparta oszołomionymi spojrzeniami obydwojga panów, zdecydowanym krokiem ruszyłam do przedpokoju- Bardzo dobrze!- Krzycząc to zakładałam już buty, pamiętając jednocześnie o zabraniu ze sobą telefonu.
-Leo!- Ojciec wybiegł za mną z prędkością wściekłego koguta, ja, jako jego jedyna córka nie martwiłam się kwestiami wydziedziczenia, toteż nie czekałam na jego słowa tyrady, które miałyby sprowadzić mnie na twardy grunt, gdzie nie byłam panią całego świata. Bardzo nie chciałam tam wylądować. Wybiegłam kierując się ku głównej trasie, biegłam jak pies, spuszczony z nieznośnej smyczy, biegłam jak jamajski sportowiec widzący przed sobą linię mety i biegłabym pewnie jeszcze tak bardzo długo, gdyby nie mały szczegół, jakim był brak, jakiego kol wiek planu poruszania się.  Znajdowałam się na nieszczęście-na głównej drodze, czyli jakiś kilometr od mojego pozłacanego gniazdka, gdzie Czekaja na mnie wytrąceni z równowagi Aron i Emil. Szaleniec, zachowywałam się jak najzwyczajniejszy wariat. Mimo tego spodobała mi się ta myśl, wreszcie wycięłam granicę ukazującą miarę, w jakiej mogą traktować mnie inni, nie pozwolę się już otoczyć zapachem oszustwa. Zacznę negować wszelkie tajemnicę i w końcu będę wolna, te początkowe myśli kłębiły mi się w głowie, gdy poruszałam się zgodnie z droga prowadzącą do Neapolu.

*

Parę słów od autorki tej dramatycznej sytuacji, moja wina, to ja utworzyłam ten dramat, ale wierzcie mi robiąc to miałam dobre intencje. Powracając do kierunku mojej szaleńczej krucjaty. Neapol, z czym Wam się to kojarzy? Jeśli część odpowiedziałaby mi, ze z piłką nożną to przysięgam, że porządnie zdzieliłabym go za to w głowę. No proszę Was! Piłka nożna? Serio?! Neapol to nie tylko miejsce do kopania kulo podobnego nadmuchanego przedmiotu, to też kultura, ale czym jest moja pretensja wobec Waszego subiektywizmu? No właśnie, tak, więc ruszyłam w kierunku Neapolu, po co?

*

Trąbienie pojedynczych kierowców na moją osobę nie było najprzyjemniejszym zajęciem, ale mimo to wolałam słyszeć ten denerwujący dźwięk niż kłamstwa ojca. „I Arona” dodałam z goryczą. Zawsze mu ufałam i nigdy nie oceniałam. To były takie moje niepisane zasady, które zmieniły się z dzisiejszym dniem. Zasada pierwsza, nie ufać Aronowi, zasada druga, oceniać Arona. Korzystając z ustępstw jednej z zasad (można było się domyślić, której) zaczęłam nagminnie i bez skrupułów szykanować biednego Green’ e. Podczas tych oskarżeń zrozumiałam parę podstawowych faktów, Aron był: nieprzewidywalny, nerwowy, kłamliwy, tajemniczy, sprytny, ujmujący. Byłam pewna, że znalazłoby się jeszcze, co najmniej ponad sto takich barwnych określeń, a był to czysty eufemizm. W końcu poczułam długo wyczekiwany ból w nogach i byłam zmuszona na niego odpowiednio zareagować, zwolniłam, przy tym nie tracąc mojego celu z oczu. Chciałam dotrzeć do miasta choćby po to, żeby wejść do jednej z drogerii wyprzedających pojedyncze egzemplarze białych kruków w postaci perfum Kelvina Kleina, a wszystko to spowodowała platynowa karta ojca, pod obudową mojego telefonu. Od razu sprostowując, jako majętna rodzinka posiadaliśmy cały zestaw takich o to uroczych kart, mimo myśli, że miałam przy sobie kartę z limitem przynajmniej cz-tero cyfrowym czułam przykre przygnębienie z powodu mojej reakcji na spiski Arona z Emilem. Fakt, faktem nie myślałam wtedy o rachunkach różniczkowych, ani nie odrabiałam w głowie zadania z polskiego, to zachowałam się jak rozkapryszona diwa, po raz kolejny zresztą. Patrzyłam pod nogi niczym męczennica boska zastanawiając się, czemu kamyki mają zupełnie inny kształt. To było dla mnie nie logiczne. Kamień to kamień powinien być tylko jednym z wielu nic nieodróżniających się do siebie braci, a nie tworzyć całe rodziny, gdzie był tata kamień mama kamień i dziecko kamień. Zaraz po tej myśli poczułam się jak największej światowej sławy ignorant, przecież to samo mogłabym powiedzie to człowieku, w końcu człowiek to człowiek prawda? Właśnie w tamtej chwili usłyszałam ryk motoru, który z zawrotną prędkością pokonał zakręt i przy tym nawet nie starał się zwolnić. Zahipnotyzowana tym występem patrzyłam na niego o sekundę dłużej niż zazwyczaj. Widząc, słysząc, jaki kol wiek jednoślad nie ważne, jakiego koloru, mógłby być nawet różowy, nie przywiązywałam do niego żadnej wagi, ja się nim zwyczajnie nimi interesowałam. Toteż mając za sobą ten pojazd szłam jak gdyby nigdy nic, dopiero, gdy zatrzymał się metro ode mnie przy tym prawie we mnie wjeżdżając, zaczęłam myśleć, że powinnam zacząć to robić. Rozzłoszczona niczym najprawdziwsza Grecka bogini Eris, odskoczyłam. W głowie miałam tysiące przekleństw, jakimi mogłabym uprzejmie obdarować kierowcę, ale jednak zrezygnowałam nich, gdy tylko ten zdjął kask. Znajome stalowe spojrzenie wyjaśniło mi wszystko, Gabriel. Po raz kolejny dzisiaj zabrakło mi słów.

                                                                 

niedziela, 16 marca 2014

III- Plastikowe róże

„Iluzja nie jest czymś, co znosisz, lecz czymś, co wybierasz”



Trząsnęłam nogami o podłogę i w stałam gwałtownie, nie spuszczając przeszywającego wzroku z Aro. „Nie ucieknę” pomyślałam zanim podszedł w moi kierunku nadal uśmiechając się jakby reprezentował markę Loginsick. Przełknęłam głośno ślinę, a myślach zaczęłam natrętnie powtarzać słowo „dupek”.  Jego przyjazd oznaczał wyjazd ojca, co dla mnie w rzeczywistości oznaczało kolejne dni samodzielności.  On i tak tu długo nie zostanie, prędzej czy później wyślizgnie się w nocy i zostawi mnie samą. Robił już tak nie raz, więc czemu teraz miałoby być inaczej? Nie miało, warknęłam w myślach i wróciłam z powrotem do kuchni, nadal mierząc go bezczelnym spojrzeniem. Skoro przyjeżdżał tylko po to, by zaraz odjeżdżać, to wolałabym nie widzieć go wcale. Mogłam sobie radzić sama, więc w myśleniu też nie potrzebowałam żadnego ograniczania. No dobrze, zdarzało mi się czasami obejrzeć „Odlotowe agentki”,ale wcale na tym nie cierpiała moja długoterminowa samodzielność. Naturalnie, musiałam się do niego odezwać, przypomniało mi się zanim, niezapowiedziany gość pomyślałaby, że z tej samotności oszalała, a nie oszalałam, co już jak na ironie powtarzałam sobie już drugi raz dzisiaj.
- Witaj kochany wujeczku, dawno się nie widzieliśmy, jakieś nowości ze świata motoryzacji? – Mówiąc to celowo odkręciłam się do niego plecami i podeszłam do przyjemnie skwierczących jajek, mimo cwaniaczkowato-modelowego- wkurzająco- ślicznego wyglądu, gotował zaskakująco dobrze.  Zaskakująco, bo kto by się tego po nim spodziewał? Takich jak on można zobaczyć w towarzystwie tuzina panienek, oczywiście w tle czegoś żywcem wyjętego z „biednych i bogatych” a tu proszę urodzony master szef! Dodatkowo w tej czarnej podkoszulce wyglądał jak grecki bóg, a jego mięśnie nie zostawały w tyle. Już ja sobie wyobrażałam jak codziennie przychodzi na siłownie, gdzie nieumięśniony facet to wyrzutek i zdobywa mnóstwo spojrzeń aprobaty, no proszę was całe te zjazdy „maczo” to kompletne dno!
Usłyszałam za sobą kroki i w chwili, gdy już miałam się gwałtownie odkręcić usłyszałam barwny śmiech, parsknąwszy w myślach podeszłam do lodówki, nadal nie zwracając na niego uwagi, a może raczej wzroku, pomyślałam żałośnie. 
- Ależ księżno Leo, nie wypada Ci pomagać twej służbie, to nie do pomyślenie! –Odparł Aron, na co natychmiast się odkręciłam i zobaczyłam jego komiczną minę, gdy wrócił do swojego poprzedniego miejsca. Uśmiechnęłam się lekko, zaraz jednak spoważniałam i usiadłam na krześle, by mieć go dokładnie naprzeciw siebie.
- Na ile przyjechałeś? –Zapytałam obojętnym tonem – Chyba, że masz zamiar już odjechać, wyskakując przy tym przez najbliższe okno- przerwałam, wskazując ręką pokój obok- Pomogę ci, w łazience jedno jest już otwarte- dodałam bezczelnym tonem. Nienawidziłam tego, boże jak ja tego nienawidziłam! Wolałabym codziennie być wyśmiewana na szkolnych korytarzach niż patrzeć na odjazd mojego bruneta. 
Tak, Aro był mój i nie miałam zamiaru go oddać dobrowolnie jakiejś „lasce” nie w moim domu, pomyślałam akcentując ostatnie słowo.  Chociaż doskonale widziałam, że zaraz po odjeździe ruszał do jakiegoś pobliskiego klubu by się zabawić, nie byłam aż tak naiwna.
- Myślałem, że jesteś na tyle dojrzała by to zrozumieć- na jego twarzy pojawiła się mina rozczarowania w raz z domieszką niezadowolenia i jeszcze czegoś, co zwykle zawsze mi umykało w tym jego karmelowym spojrzeniu.
-Żartujesz sobie?- Warknęłam, nadal mając w pamięci jego irytujący wyraz twarzy- Przyjeżdżacie sobie tutaj z ojcem jak do hotelu i myślicie, że zawsze będę tu tak na was czekała z przyklejonym uśmiechem?!- Dodałam jeszcze bardziej rozgniewana. Spojrzałam na niego ponownie, a na jego twarzy nie zobaczyłam zrozumienia, jakiego od niego oczekiwałam tylko złość. Gwałtownie odepchnął się od blatu i podszedł do półki na talerzu, wyjął jeden, a mnie przeszył dreszcze przerażenia. Wraz z różowo kremowym talerzem w pastelowe ornamenty wyglądał nietypowo, mógłby wyglądać prześmiesznie, ale błysk złość wszystko niwelował. Ten promyk był jak klątwa opanowywał go całego i nie puszczał dopóki nie zniszczył wszystkiego, co zostało. Już nie raz widziałam w nim tego potwora i za każdym razem nie wiedziałam jak mam się bronić. Patrząc to na mnie to na zastawę, podszedł do stołu i rzucił talerz na stół, w taki sposób, że o mało się nie potłukł. Patrzyłam na to wszystko bez mrugnięcia oka, czym była jego złość, wobec jego braku?  Niczym. „Biedna jajecznica” zdołałam jeszcze rzucić zanim patelnia zdążyła wylądować na podłodze. Myślicie, że byłam zaskoczona? Ataki szału nawiedzały go jak widomo, jednak nigdy przy tym nie ucierpiałam, fizycznie oczywiście. Psychicznie było trochę gorzej, ale nie narzekałam. Zbywałam to ironicznym, powiedzeniem „ mogło być gorzej”. Po paru sekundach, dobrze, minutach dręczącej ciszy, Aron ustal naprzeciwko mnie, z poczuciem winy na twarzy i uklęknął dotykając moich kolan. Nie musiał nic mówić, wiedziałam. Przepraszam, przepraszam, przepraszam, tyle, że to słowo w rzeczywistości gówno dawało. Mogło być i mogło go nie być. Uśmiechnęłam się smutno i wstałam odtrącając jego ręce tym samym ruszając do łazienki. Po drodze zdążyłam jeszcze usłyszeć odgłosy sprzątania. Rozejrzałam się po łazience w poszukiwaniu niezbędnika każdej licealistki, szczotki! Cóż, parę innych rzeczy też by się przydało, ale szczotka pozostawała nadal szczotką, numero one, pierwsze miejsce pierwszego miejsca! Bez niej się nie obędzie, bynajmniej w moim przypadku. Czy byłam zirytowana na widok dziewczyn z prostymi jak druty włosami, którymi można by ciąć papier? Zdecydowanie.  Co równoznacznie wskazywało na mój nieład na głowie, jasne, udawało mi się go doprowadzać do „porządku”, ale ludzie?! Trzy godziny w łazience równa się rzeczywisty domysł, że mogłam być snobką, a to nie tak. Włosy doprowadzone do stanu, w którym ludzie nie krzyczą na ich widok „Napadła Cie wiewiórka!?” Makijaż nałożony, idealnie. A teraz na powrót wróćmy do teraźniejszej łazienki, gdzie włosy NIE są doprowadzone do ładu, a makijaż NIE jest nałożony. Podłużne lustro walczyło o moją uwagę za każdym razem, gdy próbowałam obok niego obojętnie przejść. Jak myślicie, co w nim widziałam? Modelkę, bogaczkę, dziedziczkę, zbuntowaną nastolatkę? Nie, widziałam tam najprawdziwszego potwora i to nie takiego żywcem wyciągniętego z bajek dla dzieci, tylko zupełnie coś przeciwnego temu opisowi. Zazwyczaj, nie, źle to określiłam, odpowiednie słowo to zawsze. Tak, więc zawsze patrzymy na czarny charakter przez czarno biały pryzmat, który ukazuje i wyłącznie powierzchowne cechy bestii, ale co z prawdziwymi monstrum, które czeka na atak i jest na tyle sprytne, żeby umykać nam niepostrzeżenie? O nich też opowiadamy bajki? Oczywiście, że nie, gdyby tak było już nawet pięciolatek by wiedział gdzie szukać czarnego charakteru.  Z chęcią bardziej zgłębiłabym się w „prawdziwą rzeczywistość”, ale moja nastoletnia natura dała o sobie znać i musiałam koniecznie coś zrobić ze swoją nieszczęsną twarzą. Worki pod oczami wyraźnie wskazywały na moją winę, w sądzie już bym się nie wywinęła.  Mimo braku sędziego i ławy przysięgłych przyznałam się do popełnionej zbrodni, czytałam całą noc. Musicie wiedzieć, że nie robiłam tego nałogowo, ale tylko w krytycznych przypadkach, kiedy książka była na tyle ciekawa, żeby sens przestawał być atrakcyjny, a uwierzcie mi sen był bardzo kuszący. Posłałam swojemu odbiciu jak najbardziej denną minę, niech mnie nienawidzi, tak jak ja jego. Już miałam unieść środkowy palec, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi i podskoczyłam niczym małą surykatka. Podchodząc do drzwi moje serce wyraźnie mnie alarmowało, gdyby potrafiło mówić teraz pewnie by krzyczało. Uchyliłam lekko drzwi, tuż, tuż, przed jego twarzą, tak by mieć pole do popisu w razie obrony przed następnym talerzem.
- Zastawa się skończyła?- Zapytałam, siląc się na pewny ton. Kiedyś, z pewnością były to stare czasy, kiedy oglądałam kreskówki na Carton Network, widziałam film dokumentalny o zwierzętach, u, których strach pobudzał jeszcze większą agresje, ale czy Aron był zwierzęciem?
-A, co chcesz dołączyć?- Droczył się ze mną jak dawniej, a to oznaczało, że pora odwołać czerwony alarm, oficjalnie zwierzę zostało uspokojone, pomyślałam z ulgą i posłałam mojej prywatnej panterze niedbały uśmiech. Z jakiegoś powodu Aro nieustannie kojarzył mi się z tą bestią. Nawet pod czas jazdy autobusem widząc baner reklamujący miejskie Zoo, na, którym bezczelnie panoszył się ten drapieżnik, pierwsze skojarzenie dotyczyło właśnie jego. Mojego wujka, dodałam gorzko w myślach. Zaraz jednak opanowałam dreszcz zażenowania i skupiłam się z powrotem na rozmowie.
-Oczywiście, że nie- powiedziałam oburzonym tonem, by zaraz dodać- W zupełności wystarczają mi ostre sztućce- Posłałam mu kolejny uśmiech i szybkim krokiem weszłam na powrót do kuchni, gdzie czekało na mnie (jak można było się domyślać) śniadanie De Lux, które składało się z: Dwóch francuskich tostów, gigantycznych placuszków z cynamonem i szklanką soku z pomarańczy. Gość wiedział jak mnie podejść. Z gracją słonia usiadłam na krześle i złapałam za sztućce, które uwaga, nie były ostre. Zaraz naprzeciw mnie usiadł sprawca mojej uczty. Spojrzałam na niego z nad talerza i zaczęłam snuć zastanowienia dotyczące terminu jego wyjazdu. Oczywiście, że nie chciałam, żeby wyjeżdżał! Przekroiłam placuszek, który pod wpływem metalu wygiął się i wyglądał jeszcze bardziej apetycznie. Jeśli macie trudności z wyobrażeniem sobie tej sceny, to przypomnijcie sobie bajkę o wygłodzonym wilku i o smakowitych owieczkach. 
Zaraz, smakowitych? Faktycznie, byłam głodna.
Aron nadal przyglądał mi się jak jem, co było, lekko mówiąc, denerwujące, a co jeśli byłam brudna na twarzy? W takich sytuacjach nie patrzy się na drugą osobę, a on ignorując całkowicie tę zasadę, patrzył na mnie uporczywie, tak jakbym miała zaraz wstać i wyjawić mu sekret życia wiecznego. W końcu nie wytrzymałam.
-Mam coś na twarzy?- Zapytałam z komicznym twarzy, a on roześmiał się na tyle gładko, żebym mogła wybaczyć mu ten wzrok.
-Od, kiedy masz przekute uszy?- Zapytał bez mrugnięcia okiem, a mi dosłownie szczęka opadła. Natychmiast dotknęłam czarnych kolczyków, które były okrągłe niczym spodki Ufo. Osobiście uważałam, że są śliczne, a co inni uważali, to już była ich sprawa. Przez chwile wpatrywałam się w niego oczekując wybuchu śmiechu, który sygnalizowałby, że był to tylko kolejny głupi żart, ale nic takiego nie zobaczyłam, całkowita powaga. Chociaż dla mnie było to najbardziej niedorzeczne pytanie dnia, a mieliśmy ranek. Uszy miałam już przekute od piątego roku życia, co stanowiło fundamentalny kołek mojego dzieciństwa i wstępu w zupełnie nową kategorię.
-Od dwunastu lat- powiedziałam ostrożnie, na co on jeszcze bardziej spoważniał. Prowadziliśmy jakąś dziwaczną wojnę na spojrzenia, co więcej, miałam zamiar wyjść z niej zwycięsko.
-Zmieniłaś się Leo- Akcentując każdy wyraz, zbliżył się do mnie, na tyle, żebym mogła zobaczyć ciemne plamki w jego oczach. Nie wiedziałam, co mu na to odpowiedzieć, więc tylko wpatrywałam się w niego zdziwiona, cięte riposty gdzieś uleciały, śmiech zniknął. Byliśmy tylko my i niewypowiedziane przez nas słowa, a ja idiotka tak bardzo go pragnęłam.

*

Co mam Wam powiedzieć,? Żadne wypowiedziane przeze mnie słowo nie będzie adekwatne do sytuacji. Patrząc na to wszystko z odległej perspektywy myślę, że zasłużyłam sobie "tę przygodę". Pytanie tylko czy
,gdybym mogła cofnąć czas i zrobić coś, o czym marzą miliony ludzi, zrobiłabym to? Teraz oczywiście odpowiem Wam przecząco, ale ironia polega na tym, że to już się stało i nic nie mogę na to poradzić. Mimo swojej nie udolności w podejmowaniu decyzji miałam pewną przewagę, ponieważ..
Plastikowa różna nie zwiędnie, a pantera nie umrze z głodu.

piątek, 14 marca 2014

II- Tragizm natury

 „Większość ludzi kocha się w swoim prywatnym dramacie życiowym.”


W tej historii nie będzie małych gwiazdek, słów pocieszenia opierających się na szablonowym zwrocie „Będzie dobrze”, życie pominęło także udział żyletek w moim codziennym grafiku, opowiem Ci historie śmieszną i lekceważącą zasady rzeczywistości przyjęte przez zhierarchizowane społeczeństwo. To będzie dramat życiowy jednego dnia. Dnia czternastego października.

*
13 Marca2014

Zastanawiałaś się kiedyś nad znaczeniem słowa „pośmiewisko”, dla niektórych na przykład nie znaczy nic?  Dla innych przecież może znaczyć wszystko, czemu tak się dzieje? Mogłabym zabawić się w polityka i to osądzić, wtedy powiedziałabym pewnie „Proszę państwa. Żyjemy w innym środowisku, inni nigdy nie doznali ośmieszenia dokonanego przez społeczeństwo, a jeszcze inni doznają go codziennie, ale my wspólnie możemy to zmienić! ‘’Nie, nie możemy. Tym różni się mój wewnętrzny polityk, a zewnętrzna walkiria walcząca z całym światem.  Bo przecież wokół jest pełno sceptyzmu, a jad u ludzi zamieszkujących go, przyjmuje produkcje masową, więc jak mamy przetrwać?
-Nijak- mamroczę zamyślona i wracam uwagą ku książce, jednocześnie nadal zastanawiając się nad sensem przeznaczenia, przecież ludzie: biedni, chorzy, pechowi, niczemu nie zawinili. Pozostaje jeszcze kwestia tych po drugiej stronie ulicy, szczęśliwych. Tak właśnie to widzę, jedna wielka przecznica, a w niej mnóstwo domków, na jednych znajdują się napisy „radość” na innych „miłość”, ale są i inni Ci „gorsi” gdzie u na wywieszonych tabliczkach pisze „ smutek”, „choroba”, „zdrada”.
-Do dupy z taką selekcją!- Krzyczę, by zaraz potem zaskoczona, zakryć ręką usta. Ostatnio wcale nie panowałam nad tym, co mówiłam. Ostatnio nawet, przez moją nieuwagę zripostowałam jednego z nauczycieli, czego nigdy, przenigdy nie robiłam. Ja? Ja wyniosła Lao Kalyani? Nie ma szans, nie przy zdrowych zmysłach.  Zaraz, to znaczy, ze jestem chora?
-Oczywiście, że nie jesteś idiotko!- Warczę wściekła rzucając, książką prosto na łóżko. To nie moja wina, że taki był świat, a ze mną wszystko jest jak najbardziej w porządku. Nadal zdenerwowana otworzyłam drzwi i podeszłam do poręczy by się o nią oprzeć.  Wychyliłam się o 120 stopni i krzyknęłam.
- Co na obiad!?- Odpowiedziała mi głucha cisza, co jeszcze bardziej zadziałało mi na nerwy. Dawniej w Anglii, kamerdyner już byłby powieszony, a teraz? Nic, nawet na niego na krzyczeć nie mogę. Czemu? Bo to mój ojciec, który na dodatek bywał to jak gość w hotelu, czyli raz na ruski rok, dlatego tak ważne było męczenie go w „ te dni”, kiedy szczęśliwie był w domu. Z prędkością konia wyścigowego zbiegłam po schodach i zaczęłam nasłuchiwać. Odgłos skwierczącej jajecznicy dopadł mnie dopiero po 5 sekundach czekania, zaraz po tym doszłam do wniosku, że drzwi do kuchni muszą być zamknięte. Tak, to by wszystko wyjaśniało.  Dojście do kuchni zajęło mi jeszcze parę następnych sekund. Mniej więcej tak wyglądały realia „ dworskiego” życia w posiadłości większej niż fabryka ciastek. Ucieszona otworzyłam drzwi z impetem i nawet nie patrząc ogłosiłam.
- Wielka królowa Leo zawitała, o cieszcie się poddani!- Zaraz po tym uniosłam głowę, zadowolona ze swojego dzisiejszego humoru i zamarłam. Aron wrócił.

*
Czas na chwilkę wstępu, moje dawne przyzwyczajenie sprawia, że jestem roztrzepana niczym słowik w dzień godów. Zapomniałam Wam wspomnieć, kim- czym, jest Aron.  Na początek mogę uchylić rąbek tajemnicy i szepnąć cicho, ze był to dla mnie najprzystojniejszy chłopak na świecie. Zdecydowanie warte uwagi jest słowo-Był, bo oczywiste jest, że jeśli był, to nie jest. Jak zwykle wszystko popsułam!? Chciałam, drodzy państwo nie wykładać wszystkich kart na stół, ale tak wyszło. Mimo wszystko, powinniście wiedzieć coś więcej o postaci Czarnowłosego dwudziestolatka z racji ironii posiadającego najnowszy model Porsche. Przyznajcie, to takie szablonowe. Teraz jak o tym pomyślę, wiem, że nie był to idealny materiał na chłopaka i nie oświadczam tego, jako zraniona, porzucona, niekochana Leo. O nie! Stwierdzam to z racji przybycia dnia 15 Października, gdy już wszystko stało się jaśniejsze, niż kiedy kol wiek, ale już nie przedłużam. Pora Wam bardziej przybliżyć postać Dwudziestodwuletniego Aron’ a Green’ ego. Uwierzcie mi, że mimo wszystko nie była z niego żadna wielka rewelacja. Bogaty, uprzejmy, porywczy, szarmancki, czarujący, ideał nieprawdaż? W czasie przeszłym moja wewnętrzna Leo na pewno zakrzyknęłaby wielgaśne oczywiste „TAK”, oczywiście. Co jeszcze mogę dodać? Znałam go od zawsze i od zawsze był moim obiektem nocnych fantazji, tyle, że życie nie stawiało nas - aktorów w dobrym położeniu. Mogę poprzez myślenie życzeniowe pomyśleć, że teraz zapytacie mnie o powód mojego zgorzkniałego stosunku do całej sytuacji. Powód jest jeden, prosty i irytujący niczym za ciasna bluzka, Aron jest Moim wujkiem.

*
Przez jedną tysięczną sekundy chciałam się uśmiechać, lekkie wygięcie warg ku górze, tyle wystarczyłoby, żeby się zdradzić, ale moja wewnętrzna walkiria na to nie pozwoliła. Uniosłam jedną brew i z całą siłą woli usiadłam na krześle, prezentując się niczym królowa Elżbieta. Odchylając głowę w prawo przebiegłam wzrokiem po kuchni. Białe blaty błyszczały dzięki lampom wciśniętym u góry brązowej szafki, całość komponowała się świetnie, „nowoczesna kuchnia’’ mówili ludzie mający szczęście w niej przebywać. Zaraz obok rozciągającego się blatu była dodatkowa mieniąca się półka. W chwili natchnienia mogłabym wymienić materiał, z jakiego został wykonana, ale to nie był odpowiedni moment na chwile natchnienia. Odkąd tylko wpadłam do kuchni Aron stał oparty o blat, a w jego tle żył swoim życiem elektryczny robot i piekarnik oraz porozsypywane egzotyczne przyprawy, które ojciec tak bardzo lubił. No tak, ojciec. Wystarczył rzut okiem na dom i już można było się domyślić, że rzadko tu przebywało więcej niż dwie osoby. Ja- księżna Leo, w mniemaniu innych „ zadzierająca nosa szmata” (Miło, że strony innych, ze zadbali o moją reputacje za mnie) Oraz bardziej zagubiony ode mnie w swoim świecie Emil- Tatuś. O to nasza cała dysfunkcyjna rodzinka! Moglibyśmy pozować do reklam kaw zbożowych. Oczywiście brunet w kuchni tez miał u nas swoje miejsce, ponieważ jak już wiecie, ojciec rzadko przebywał w domu ,a w przypływie troski (czasami) dbał o moje bezpieczeństwo, tu właśnie do akcji wkraczał Aron, kochaniutki wujek. Oczywiście napływy ojczynej troski łapały go bardzo rzadko, toteż "Wujeczka" widziałam w bardzo długich odstępach czasowych. Mimo wszystko dni z moim opiekunem były cudowne.Zabierał mnie na przejażdżki swoim autem w góry, jeździliśmy rowerami, urządzaliśmy literackie fety, żyć nie umierać!  Jednak to miało swoją cenę, uczucia, jakich doznawałam w jego towarzystwie można by porównywać do Sali tortur w nowojorskiej piwnicy, gdzie zatrzymywali najgorszych zbrodniarzy. Właśnie za to go nienawidziłam, ale przede wszystkim kochałam. Uniosłam oczy prosto na jego zawadiacki uśmiech, zdecydowanie kochałam.

*

Wiem, co sobie myślicie! Kolejna „głupia” nastolatka i jej nieszczęśliwa miłość, ale to nie prawda.  Nie wiecie, co przeżywałam samotnie w domu bez ojca, który wsadzał nos do domu tylko, w niektóre dni. Byłam sama, zrozumcie to, dlatego tak bardzo ceniłam towarzystwo Arona. Był osobą z wewnątrz przy nim nie musiałam się bronić, rzucałam maskę bogatej snobki w kat i cieszyłam się jego towarzystwem. Był osobą, z którą mogłabym spędzić wieczność. Był, ale na razie wróćmy do kuchni, czyli „początku końca”.

piątek, 21 lutego 2014

I- Skutki uboczne

I



Kiedyś mogłabym przysiąść i poprawić wszystko w Swoim życiu, przysięgam dosłownie i nie omylnie wszystko! Po prostu, teraz wiem, że miałam taką możliwość, wtedy, nie. Właśnie, dlatego tu utknęłam, w smutnej i dziwnie pozbawionej kolorów próżni. Ludzie mówią na to „dzień” ja wyspecjalizowałam na to swoją nieco inną nazwę. Nazewnictwo nazewnictwem, ale odnośnik tego określenia jest tylko jeden. Podobnie jest z „nocą”, żebyście w tamtym momencie mnie widzieli, szatynkę unoszącą jednoznacznie brew jakby mówiła „jesteście beznadziejni". No tak, jesteście. To nic osobistego, na tyle ile to możliwe darzyłam was wszystkich obojętną sympatią, opierającą się twierdzeniu, że ludzie są tylko nic nieznaczącym elementem. Myśląc to przyglądałam się Swoim dłoniom, przykrótkie paznokcie, które wielokrotnie zostały użyte w celu odparcia ataków powietrznych w postaci młodszej siostry. Swoją droga to urocza istotka, taka kochana, żartuje, nienawidzę jej. Roześmiałam się głucho na wspomnienie jej zapłakanej twarzy, gdy po raz pierwszy spadła z małego drewnianego krzesełka i tak to się zaczęło. Nie było dnia, żeby moja przygłupia siostra nie składała wizyty podłodze, zaraz po upadku wszystkich częstowała symfonią wrzasków, którą mógłby poszczycić się nasz sąsiad Rob ćwiczący Jogę na trawniku. Problem w tym, że nieszczęsny trawnik znajdował się od naszego równie nieszczęsnego okna jakieś dziesięć metrów. Kiedyś przyłapałam się, że wpatruje się w niego, oczywiście nie w Rob'a, tylko w trawnik, właśnie wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że jest idealny, oczywiście na tyle idealny ile może być trawnik na przedmieściach, nie byłam żadnym specjalistą od ogrodów, ani też nie miałam zamiaru zakładać telewizyjnego show zatytułowanego „Przedmiejscy masochiści i ich ogrody”. Bo musicie wiedzieć, że wszyscy tu byliśmy jedną wielką masochistyczną rodzinką z obsesją na punkcie wydmuchanych idei, wiele razy przyłapywałam siebie na uczuciu wyższości, rozumiecie już? Czułam się od ich w jakiś porypany sposób lepsza, jakbym moje horyzonty myślowe były jakieś szersze, gówno prawda, nic nie wiedziałam. Mimo wszystko nie mogłam się oduczyć myślenia o nich jak o małych dzieciakach zamkniętych w małym sklepiku, gdzie sprzedają tylko podstawowe artykuły, a oni je biorą i myślą, że tyle im wystarczy, że nie ma więcej! A było i to o wiele więcej niż nawet Wy myślicie, ludzie, którzy być może marnują swoje życie siedząc i nic nie robiąc. Tak czy inaczej nie mój problem i to właśnie podczas takich monologów zauważam ogrom swojego egocentryzmu. Czasami jest mi autentycznie za niego wstyd, czasami. W większości przypadkach macham na to wyimaginowaną ręką i zaczynam myśleć, co zjem na kolacje. Kolejny błąd, ile to ja ich popełniłam! Wiecie, co? Całe moje dotychczasowe życie było jedną wielką iluzją i nie uzmysłowiłam sobie tego po jakimś traumatycznym wydarzeniu. Było zupełnie inaczej, nie brały w tym udziału post apokaliptyczne wątki, obyło się bez gwałtów i odtrącenia ze strony moich rówieśników, zero nie przyjemnych przyczyn. Za to skutki były jak najbardziej nieprzyjemne.